Już w tym roku Filip miał uciechy po pachy z powodu śniegu. Ulepił pierwszego w swoim życiu bałwana, rzucał śnieżkami, jadł śnieg... Tylko sanek nie zdążyliśmy jeszcze wyciągnąć, bo śnieg jak szybko spadł tak szybko stopniał.
Po tych harcach nie mogłam zagonić Filipka do domu, chociaż był cały mokry nie chciał wracać. Nie dziwię się mu, na dworze tego dnia było naprawdę pięknie, świeżo i rześko. Tylko ta nasza beksa mała płakała i naprawdę musieliśmy już wracać. Olafowi trochę ciężko się poruszać w za dużej kurtce po bracie i w zimowych butach, też za dużych po bracie. Jeszcze w tym razem Olaf nie łyknął śniegowego bakcyla.
Ale uśmiechy są u obu!
Hu hu ha...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz