poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Porównania braterskie

Nie lubię porównywać dzieci. Szczególnie swoich z innymi. Wychodzę z założenia że każde dziecko jest inne: inaczej się rozwija, reaguje, wygląda. Każde jest niepowtarzalne i wyjątkowe.
Jeszcze jak Filipek był niemowlakiem często łapałam się na tym że porównuje go z innymi dziećmi.
"Twoje już chodzi? Moje jeszcze nie"
" U Twojego już 6 zębów? U mojego dopiero 2"
Teraz już tego nie robię, bo jak wiadomo wszystko się pojawi w swoim czasie. Nie wprowadzam presji swoim dzieciom. Nawet jeżeli dziecko dużo młodsze od któregoś z moich chłopów: chodzi już w majteczkach, bez smoka, samo je, śpi całą noc, mówi, sprząta... to nie wprawia mnie to w żaden smutek czy zakłopotanie. Tylko pogratulować rodzicom!
Za to często porównuje Filipa z Olafem. Ale nie dlatego żeby wprowadzać między nimi rywalizacje. Nie, nie! Jakoś samo to przychodzi. Dla mnie są całkowicie różni, chociaż niektórzy mówią że są do siebie podobni, to ja jednak tego podobieństwa nie widzę. Przede wszystkim różne OCZY. Filip ma ciemne, piwne a Olafek jaśniutkie i niebieskie. Twierdzę że podzielili się genami, Filipek jest podobny do babć a Olafek do dziadków.
Kiedy Olafek skończył roczek, zainspirowało mnie to aby swoich chłopaków porównać w przeciągu pierwszego roku ich życia.

 Chłopcy kilka dni po urodzeniu

Olaf

Filip

W pierwszym miesiącu życia podczas "przycinania komara"

Olaf
Filip





















W drugim miesiącu, w wersji spacerowej

Olaf
Filip

Chrzest Święty chłopców w trzecim miesiącu ich życia: Olafa w czerwcu, Filipa w grudniu

Olaf
Filip

W pozycji "na brzuszku", czwarty miesiąc życia

Olaf
Filip





Jemy, w piątym miesiącu

Olaf
Filip

I w szóstym miesiącu

Olaf
Filip

Tutaj w wersji wiosenno-jesiennej, w siódmym miesiącu

Olaf
Filip

Z biszkoptem, w ósmym miesiącu życia

Olaf

Filip


Siedzimy, w dziewiątym miesiącu

Olaf
Filip



















W dziesiątym miesiącu


Filip
Olaf

Pierwsze kroki przy meblach, w jedenastym miesiącu życia

Olaf
Filip

12 miesiąc: szczerbaty i zębiasty

Olaf
Filip

 I jak? Podobni???

czwartek, 10 kwietnia 2014

Małżeństwo z czteroletnim stażem

Tak, tak, dzisiaj przypada nasza czwarta Rocznica Ślubu.
Ehh... 4  lata jak jesteśmy małżeństwem, 7,5 roku jak jesteśmy razem.
Cały czas mam wrażenie że wszystko jeszcze przed nami. Najlepsze już nas spotkało, mamy siebie, mamy dzieci! Stworzyliśmy rodzinę, teraz pozostało nam to tylko pielęgnować, dbać, kochać.
Nie ma co ukrywać, małżeństwo to nie sielanka. I nam się zdarzają: trudne dni, niezgodność decyzji, inne wizje wychowywania dzieci. Nie raz się sprzeczamy ale nigdy nie trwa to długo. Szczególnie teraz jak są nasi chłopcy.
Co raz częściej zaczynam wierzyć w porzekadło że "przeciwieństwa się przyciągają", myślę że jesteśmy tego dobrym przykładem. Ja jestem bardziej energiczna, żywiołowa, lubię aktywnie spędzać czas. Michał jest opanowany, zrównoważony. U niego wolny czas czas równa się jedno: spanie! Z drugiej strony jak trzeba zaryzykować, postawić wszytko na jedną kartę, wtedy ja mam obawy. On zawsze jest dobrej myśli i ma przeczucia że będzie dobrze. Jak do tej pory nigdy mnie nie zawiódł. Mój mąż potrafi zapewnić nam bezpieczeństwo. I wtedy ja się nie boję bo On mówi że będzie OK!


Poznaliśmy się w pracy. Pracowałam w Centrum Handlowym w z jednym punktów usługowych, Michał był tam kierownikiem. Od razu się sobie spodobaliśmy, chociaż na początku byliśmy na Pan/Pani. Dzięki interwencji wspólnych znajomych spędziliśmy razem Sylwestra i tak staliśmy się nierozłączni. Po dwóch tygodniach zamieszkaliśmy razem. Od razu mówiliśmy o sobie "mój przyszły mąż", "moja przyszła żona", nie  braliśmy pod uwagę innej ewentualności. Po dziewięciu miesiącach bycia razem postanowiliśmy wyjechać za granicę i zarobić na wspólną przyszłość. Naszym celem była Anglia. To dopiero była szkoła życia. Nowi ludzie, nowe sytuacje, nie było lekko. Dużo się o sobie nauczyliśmy. Po dwóch latach wróciliśmy, ja skończyłam studia, znaleźliśmy pracę, wdzieliśmy ślub! Półtora roku później pojawił się Filipek, za następne półtora był już z nami i Olafek!
Teraz jesteśmy spójną, szczęśliwą rodziną. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej.
Kochany Mężu, życzę Nam abyśmy byli tacy szczęśliwi jak teraz jesteśmy!


środa, 9 kwietnia 2014

Wesołe miasteczko

Znowu tu są, rozstawili się na głównej ulicy naszego osiedla i żaden sposób nie można ich ominąć. Koczują już drugi tydzień i dzięki temu zawartość mojego portfela w ekspresowym tempie znika.
Żartuję oczywiście, cieszę się że rozstawili się z wesołym miasteczkiem, bo o tym mowa. W sumie, czemu tu się dziwić, sezon się zaczął i w okresie letnim trzeba się mocniej trzymać za portfel. Zresztą, z drugiej strony to się nawet na to czekało, ale jak się dzieciakom da palec to oczywiście chapną całą rękę i prośbom "jeszcze raz" nie ma końca.
Pierwsza wizyta zakończyła się płaczem, ale nie takim z histerią, tylko z żalu, bo mama powiedziała że już nie ma pieniędzy i Filipowi było tak smutno że inne dzieci jeszcze jeżdżą na karuzeli że po prostu płakał ze smutku. I mi się serce kroiło, bo chociaż miałam jeszcze parę złotych to była umowa-tylko dwa razy! A umowa to umowa. Tylko jeszcze na odchodne Filip krzyknął "mamo tój, paceć kaluzele, kaluzela pa pa".
Później było już o wiele lepiej. Fifi przed zabawą otrzymywał info że tylko dwie karuzele i wychodzimy. I nie było żadnego sprzeciwu i płaczu, oczywiście zadowolony nie był ale rozumiał.
Swoją drogą, myślę że cały czas trzeba pracować nad swoimi dziećmi, aby właśnie potrafiły zachować się w takich sytuacjach. Wiele razy słyszałam "nie pokazuj", ale jak mogę nie pokazywać dzieciom wesołego miasteczka, to po co ja je w ogóle mam. Według mnie muszą uczyć się, obserwować. Często specjalnie prowokuje pewne sytuacje aby uczyć Filipa że niestety musi odmówić sobie pewnych rzeczy. W markecie specjalnie idziemy na stoisko ze słodyczami lub zabawkami. Oglądamy, dotykamy, bawimy się ale nie kupujemy. I wiecie co? To działa! Nigdy nie miałam ataku histerii. Faktem jest to że czasami tłumaczenie że czegoś nie kupimy trwa parę minut, ale zawsze odkłada na miejcie.











Olafek spał sobie w najlepsze. Może to i dobrze, za rok będę miała "podwójną" dawkę rozrywki...i wydatku.




poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Nasze żłobkowanie


Wielu rodziców oddaje swoje dziecko do żłobka w ostateczności, ja swoje oddałam dobrowolnie w celu szybszej socjalizacji i rozwoju. Czy zrobiłam dobrze? Nie wiem, bo plusów i minusów jest dużo.
Odkąd pamiętam, zawsze chciałam oddać dziecko w wieku dwóch lat do żłobka, myślałam o tym nawet jeszcze nie mając dzieci. I tak też się stało. Filipek, mając równo 2 latka został tam posłany. Niektórzy pukali się w głowę, że oddaje starszaka do żłoba, skoro i tak zostaję w domu z Olafkiem. Niesie to za sobą  również  koszty bo wiadomo że płacić trzeba. Ale w końcu, wraz z mężem zadecydowaliśmy że ta chwila prędzej czy później nastąpi a i mieliśmy nadzieję, że będzie mi lżej. Najbardziej zależało mi na tym aby Filip nabierał nowych umiejętności, uczestniczył w zajęciach z dziećmi, rozwijał się. Muszę wspomnieć że był wtedy w pełni samodzielny, potrafił sam zjeść, od czterech miesięcy chodził w majteczkach.
Okazało się że lżej nie było, bo Fifi zaczął strasznie chorować. Oczywiście wiedziałam że to nas nie ominie, ale niespodziewałam się że tak go "skosi".
Już po trzech dniach adaptacyjnych (po 2-3 godziny) była pierwsza infekcja, potem 1,5 tygodnia w domu i znowu to samo 3 dni w żłobku, 1,5 tygodnia w domu. Oczywiście Olaf też był chory.
O matko i córko! Co się tej jesieni z nimi wyrabiało! Nie życzę nikomu! Zakichani, obolali, zgorączkowani, zasmarkani, płaczący, stękający... Co drugi dzień, jak nie co dzień u lekarza, w nocy na pogotowiu, nawet  wzywaliśmy w nocy karetkę. Antybiotyki, zastrzyki, nie było końca!
Pytałam siebie czy to wszystko ma sens? Jak długo można patrzeć na swoje obolałe dzieci? W imię czego? Szybszego rozwoju? Dałam sobie czas do Nowego Roku i postanowiłam wraz z mężem że jeżeli w grudniu dostanie antybiotyk, rezygnujemy. No i dostał w Sylwestra, trzeci raz angina. Ze żłobka nie zrezygnowaliśmy jednak, dając jeszcze jedną warunkową szansę i odpukać od tamtej pory już nie było antybiotyku, a jedynie drobne infekcje  i wirusy. Choruje oczywiście nadal, ale już jakby mniej i łagodniej.
To był straszny okres, było mi naprawdę ciężko. Z jednej strony mówiono mi że ten czas chorób przechodzi każde dziecko, jak nie w żłobku to w przedszkolu, z drugiej strony mówiono że 2 latka a 3 latka to dla takiego dziecka różnica.
Na dzień dzisiejszy Fifi chodzi do żłobka i bardzo lubi tam chodzić. Mówi że chodzi "do dzieci", ma swojego kolegę Pawełka, obok którego śpi, ma swojego "buma". Jak pięknie tańczy "Krasnoludki", łapie mnie za biodra i woła "pociąg daleka". Jedno jest pewne, nie byłabym w stanie organizować mu czasu w domu, tak jak to robią Panie w żłobku. Na pewno więcej mówi, gdzie Filip mówi i tak słabo.W żłobku dzieci wykonują wiele prac manualnych: malują, kleją z plasteliny, wycinają.
Nie wiem czy to wywodzi się ze żłobka czy z jego charakteru ale Filip jest bardzo otwarty. Potrafi zaczepiać ludzi na ulicy i mówić na przykład: że rurka z kremem, którą trzyma w ręku jest jego, albo że w żłobku jeździł na koniku. Na placu zabaw siedzi z innymi mami. No nie raz wstyd że to takie "cyganiaste" dziecko.
Filip bez dwóch zdań nabiera nowych umiejętności i nawyków ale nie koniecznie zawsze tych dobrych. Niestety, dosyć istotnym minusem jest to że Ten mały obserwator uczy się od dzieci krzyku, wymuszania, gryzienia, płaczu na zawołanie. I chociaż dotychczas w domu nigdy tego nie zaobserwowałam, zdarza się że robi mi tego typu "akcje".
Reasumując, są plusy i minusy, nie ma złotego środka, ale jeśli nie będę musiała, to Olafka do żłobka nie poślę.




piątek, 4 kwietnia 2014

Małe metamorfozy

Wczorajszego ranka gdy myłam zęby a Olafcio siedział na blacie i wywracał wszystko wokoło, impulsywnie bez żadnego zastanowienia obcięłam mu grzywkę. Długą już miał więc było to nieuniknione. Niestety zrobiłam to mało umiejętnie, za krótko i krzywo. Wyglądał trochę śmiesznie. Zmotywowało mnie to aby wybrać się z nim do fryzjera. Chciałam Olafkowi (zresztą dalej chcę) zapuścić długie włoski, bo według mnie takie do niego pasują, ale najpierw była potrzeba obcięcia mu  tych "piórek". Z jednej strony urocze miał te włoski, ale lubił wcierać w nie jedzenie i zawsze chodził zalepiony.
Filipek już też prosił się o wizytę w salonie fryzjerskim, więc była okazja "załatwić" obu na raz.
Olafek debiutował. Trochę się przestraszył i zapłakał pomimo tego że był strzyżony na moich kolanach. Ale poradziliśmy. Wtulił się do mnie i Pani strzygła jedną stronę, a potem zrobiłyśmy zmianę. Olaf wygląda teraz jak dziewczynka bez włosów:) Ciężko się przyzwyczaić, nawet Michał mówił że to nie nasze dziecko, bo teraz takie inne. Ale jak dla mnie wygląda przeuroczo!
Filip już zaprawiony w bojach bo był już kilka razy z tatą w salonie fryzjerskim. Bardzo to lubi. Jest bardzo grzeczny, siedzi nieruchomo z wybałuszonymi oczami i obserwuje co z nim robią. Oczywiście został obstrzyżony na "irokeza" tak jak tato. Pierwsze strzyżenie Filipa odbyło się gdy miał niespełna półtora roku. Dwa pierwsze razy strzygła go nasza zaprzyjaźniona fryzjerka u nas w domu. Potem już bez problemu strzygł się w salonie.
Wszem i wobec ogłaszam, że teraz obowiązek dbania o czupryny chłopaków przejmuje tato. Tak, tak nie wykręcisz się!

Poniżej nasze metamorfozy:

Przed
Po

Przed
Po



czwartek, 3 kwietnia 2014

Cyci pa pa

Ten czas musiał kiedyś nadejść. Czas, kiedy "uwolniłam" się od moich dzieci. Prawie od trzech i pół roku jak nie jestem w ciąży to karmię piersią. A moje potwory wysysają ze mnie to co najlepsze;)
Nie, nie, wcale tego nie żałuje. Twierdzę nawet że karmienie piersią jest cudownym doświadczeniem i zawsze było mi szkoda kobiet, które nie karmiły. Z ciążą w moim przypadku już nie było tak słodko, ale to temat na oddzielny post.
W każdym bądź razie, gdy Olafkowi stuknął roczek, zaczęłam powoli myśleć o odstawieniu go od piersi. Uznałam że już czas, chociaż oboje strasznie to lubiliśmy. Było mi o wiele prościej go usypiać i uspokajać przy piersi. No i w nocy, nie musiałam lecieć do kuchni aby robić butlę z mlekiem, tylko kładłam obok siebie i razem zasypialiśmy. Ale Olafcio zaczął już pierś wymuszać. Jak tylko położyłam się obok niego albo przytulałam, otwierał buzie i czekał na "cyci". To już był dla mnie sygnał ostrzegawczy. TERAZ, bo później będzie tylko gorzej.
Trwało to trochę, może niecały miesiąc. Nie chciałam robić tego z dnia na dzień, jak w przypadku Filipa. Najpierw karmiłam Olafcia tylko do snu, potem już sporadycznie i w końcu tylko wtedy gdy musiałam, bo piersi rosły i bolały. Już mniej więcej od dwóch tygodni Olaf nie ssie piersi. Już zapomniał, już nie otwiera dzioba za każdym razem gdy mnie widzi. Zauważyłam że nawet teraz lepiej je.
Z Filipkiem to inna historia. Gdy Fifi miał około 10 miesięcy, dowiedziałam się że jestem w drugiej ciąży. Lekarz odradził mi karmienie piersią. Powiedział że przy ssaniu w ciele kobiety wytwarza się oksytocyna (tzw.hormon szczęścia), co powoduje skurcze macicy a to w finale może powodować poronienie. Dlatego z dnia na dzień ostawiłam Filipa. Pamiętam, to był piątek. Uroczyście, ostatni raz nakarmiłam go przed spaniem, a potem się rozpłakałam. Wiedziałam że będzie mi tego strasznie brakować.
W jednym i w drugim przypadku karmienie piersią nie sprawiało mi większego problemu. Oczywiście był ból na początku, nauka ssania, poranione sutki. Ale samo karmienie maluszka rekompensuje wszystkie bóle. To naprawdę wspaniała sprawa. Niesamowita więź i przyjemność dla obojga. Trochę żałuję że już odstawiłam Olafka, ale to dla naszego wspólnego dobra. Co za dużo to nie zdrowo.
Na ten okres, gdy byłam w ciąży i karmiłam wyrzekłam się wielu rzeczy. Przez trzy i pół roku nie piłam alkoholu, nie byłam w solarium, nie piłam kawy. No i oczywiście odpowiednia dieta, bo jak wiadomo "dziecko je z mojego talerza". Z tym nie miałam problemów bo od jakiegoś czasu jestem zwolenniczką zdrowego żywienia. Ale ostatnimi czasy popijałam trochę kawy. Dzieciaki dawały mi tak w kość że musiałam się trochę wspomagać kofeiną.

Mały Fifi przy cyci
Postanowiłam, że jak przestanę karmić piersią to zrobię trzy rzeczy:
-pójdę do solarium (byłam, 5 minut)
-wypiję drinka (wypiłam, ale mi nie smakował)
-zrobię sobie tatuaż ( i wciąż się waham...)